Krótka historia ośmiu dni:
Dzień pierwszy
Jakoś to będzie. Mam przyjaciół. Mam znajomych. Przetrwamy. Moim światem jest teraz głównie fejsbuk. Tu są ludzie.
Dzień drugi
Bawię się obróbką zdjęć. Efekty pokazuję na fejsbuku. Trochę komentarzy, trochę polubień. Jest dobrze, jest życie.
Dzień trzeci
P2 miał przyjść na obiad. Nakupowałam, przygotowałam. Nie przyszedł. Zadzwonił, że boli go brzuch. Przyjdzie jutro.
Dzień czwarty
Od rana w pełnej gotowości. Teraz gość to skarb. Nie przyszedł. Dalej marnie się czuje. Reszta znajomych mnie olewa. Zaczynam wpadać w doła. Zdjęcia obrabiam tak, żeby były wołaniem o pomoc. Bez odzewu.
Dzień piąty
Jest źle. Powstrzymuję płacz, żeby Potomek nie widział, jak bardzo jest źle. Walnęłam się widelcem w palec nakłuwając batata. Bolało, ale dzięki temu mogłam się rozpłakać bezkarnie zwalając płacz na ból.
Dzień szósty
Obudziłam się z płaczem. Dalej próbuję wołać o pomoc. Nie mam siły na nic. Nie sprzątam, nie gotuję, nie żyję. Zaczynam się bać. Nie choroby. Znikania.
Syn wyciągnął mnie na działkę. Sujka do nas dołączyła. Ona jedna podtrzymuje mnie na duchu, choć ma własne życie i masę własnych problemów. Przez chwilę czułam się znowu człowiekiem. Rozmawiałam. Śmiałam się.
Po powrocie do domu depresja zaatakowała jeszcze bardziej.
Zadzwonił P1. Tak bardzo na ten telefon czekałam. Zadzwonił za późno. Odrzuciłam rozmowę. Potem wpatrywałam się w niego z nadzieją, że zadzwoni jeszcze raz. Na próżno.
Ktoś, o kim myślałam, że jestem dla niego ważna, odezwał się na Messengerze, ale zanim przeczytałam, skasował wiadomość.
Powoli znikam. Wpisy fejsbukowe wołające o pomoc też usunęłam. I wiele innych. Mnie już nie ma, nie ma tamtych emocji, nadziei, naiwnej wiary w przyjaźń.
Dzień siódmy
Znowu obudził mnie mój płacz. Nie chce mi się nic. Nie chce mi się żyć. Trzymam pozory, żeby Potomek się nie martwił. Ale coś zauważył i wyraźnie się o mnie boi. Muszę się bardziej postarać.
Nie rozstaję się z telefonem. Może jednak się doczekam pomocy. Coraz mnie na nią liczę. Jestem nikim. Nikomu się nie pomaga.
Dzień ósmy
Odezwał się P1. Przez Messengera. Ucieszyłam się. Ale okazało się, że odezwał się po to, żeby mi uświadomić ilu ma przyjaciół na ilu ludziach mu zależy, z iloma ma kontakt. Na koniec powiedział, że ja kwalifikuję się do tego, żeby mi strzelić w łeb.
Myślałam, że gorzej nie może być. Okazało się, że może.
Wyłączyłam telefon. Dość nasłuchiwania. Jestem nikim.
Dzień dziewiąty - dziś.
Zaczynam się przyzwyczajać. Wyłączyłam Messngera. Założyłam bloga, żeby mieć jakieś swoje miejsce. Miejsce, w którym będę sama i nie będę na nikogo liczyła. Miejsce, które nie boli. Bo samotność jest do zniesienia tylko tam, gdzie nie ma ludzi. W tłumie - zabija.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz